sobota, 26 września 2015

San Andreas


Ogromne wieżowce upadające niczym domki z kart, gigantyczna fala tsunami zalewająca miasto, a pośród tego katastroficznego krajobrazu nieustępliwy heros podążający za rodziną. 
 
 
Nieustraszony i niemal niezniszczalny ojciec przemierza ląd, wodę i powietrze na ratunek pięknej córce, odzyskując jednocześnie atencję i przychylność żony, która jeszcze do niedawna myślała o rozwodzie. W tle co jakiś czas migoce rozhisteryzowany nieco naukowiec, którego sejsmologicznych proroctw nikt nie raczył słuchać. Jest też para sympatycznych braci, których scenarzysta wrzucił w wir filmowych zdarzeń, aby zaginionej córce nie było zbyt smutno. 
 
 
Największą wartość "San Andreas" stanowi oczywiście warstwa wizualna. Trzeba przyznać, że twórcom nie zabrakło fantazji w efektownym pokazaniu tragicznych skutków trzęsienia ziemi przekraczającego 9 stopni w skali Richtera. Film spełni więc oczekiwania osób, które lubią dać się wciągnąć w wartką akcję i w kontrolowany sposób wyłączyć myślenie, a skupić się na relaksie. 
 
Dwayne Johnson, czyli filmowy Ray wyczynia prawdziwe cuda helikopterem, samolotem, motorówką i samochodem. Wydaje się, że nawet na hulajnodze potrafiłby lawirować pomiędzy potężnymi szczątkami budynków, których deszcz zasypuje ulice San Francisco.


Jak widać aktorstwo jest tu tylko małym dodatkiem do filmu. Całą uwagę koncentruje na sobie topowy w ostatnich latach gwiazdor Hollywood, Dwayne Johnson. W "San Andreas" spełnia swoją funkcję bez większych zastrzeżeń i bez równie dużych oczekiwań. 
 
 
"San Andreas" jest syntezą tego wszystkiego, co widzowie już widzieli. Tylko w nowej, lepszej, efektowniejszej formie.

Pomimo tych wszystkich elementów film odląda się dość dobrze.

Moja ocena to 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz